Funclub w Chinach

Zaczynamy zwiedzanie

pekin

Różnica czasu dała nam się mocno we znaki na starcie. Nie mogliśmy wczoraj usnąć. 7 godzin powodowało, że godzina 5 rano w Chinach była u nas 22.00. Przyzwyczajeni do polskiej pobudki 0 7.00, wstaliśmy o 12.00 czasu chińskiego.
Mieszkamy tuż obok Zakazanego Miasta, dlatego po szybkim śniadaniu zaczynamy zwiedzanie prawie 100 ha terenu, do którego wejście jest z placu Tiananmen. Na dzień dobry powitał nas wielki obraz Mao. Podobno jest ich aż 10, na wypadek gdyby ktoś niezadowolony z rządów charyzmatycznego przywódcy, postanowił obrzucić go jajkiem. Zmiany obrazów zajmują kilka minut i naruszany Mao jest jak nowy:)
Przed Zakazanym przez wiele lat Miastem stoi kolejka. Chętnych do zwiedzania jest bardzo dużo. Głównie to Chińczycy. Cesarskie miasto stanowi miejsce ich częstych pielgrzymek. Teraz mogą oglądać do woli tern, na którym cesarz, wraz ze swoją świtą, prowadził luksusowe życie. Przez prawie 5 wieków było to zakazane, nawet zbliżenie się do jego murów nie przychodziło do głowy zdyscyplinowanym skośnookim.
Wstęp kosztuje 40 juanów. Wejście na teren miasta możliwe jest wyłącznie bocznymi bramami. Środkową mógł wchodzić jedynie cesarz. Kluczem do rozpoznania wielu rzeczy tutaj jest cyfra 9, symbole cesarskiej: smok i feniks oraz symbole długowieczności i władzy: żuraw i żółw. Na każdej bramie zdobienia są w liczbie 9. Każdy podjazd, którym wjeżdżał cesarz dekorowany jest rzeźbami smoków. Na większości tarasów stoją figurki żurawi i żółwi.
Wszystkie bramy w Pałacu ustawione są w jednym rzędzie. Porządek jaki tutaj panował widać do tej pory. Wszystko podporządkowane było cesarzowi. Jedynymi mężczyznami, którzy mieli wstęp na teren pałacu byli eunuchowie. Cesarz zapewniał sobie w ten sposób monopol na prokreację. Nawiasem mówiąc musiało to komicznie wyglądać, jak panowie śmigali z woreczkami przy pasie, w których nosili swoje klejnoty:) Tego typu praktyki zakazano dopiero w 1924 r.
Największe wrażenie zrobiły na mnie ogrody cesarskie. Piękne drzewa, strumyki, ryby pływające, klasyczne zabudowanie i ciasne uliczki. Widziałem dookoła wielu Chińczyków, którzy oddawali się relaksowi tutaj. Odnosiłem wrażenie, że czują się wyjątkowo dobrze. Ich buźki wyglądały na uśmiechnięte. Jednak mogło mi się to tylko wydawać, bo każdy mam wrażenie w tym kraju się uśmiecha :)
Po wyjściu z Zakazanego Miasta wspięliśmy się po 350 stopniach na szczyt ogrodów Jinghsan. Ładnie tu widać panoramę północnego i zachodniego Pekinu. Wschód jakoś słabo się prezentuje z tej perspektywy, pomimo, że są tam gigantycznych rozmiarów wieżowce.
Już o zmroku stanęliśmy na największym na świecie, 40 ha placu Tiananmen. Na samym jego środku jest mauzoleum Mao. Do odwiedzin wszechobecnego Przewodniczącego ustawiają się ogromnych rozmiarów kolejki. Wejście do mauzoleum możliwe jest wyłącznie od 8.00-12.00.
Stojąc na placu nie sposób nie zauważyć ogromnego budynku Komunistycznej Partii Chin. Trzeba przyznać, że jego rozmiary są iście cesarskie.
Wieczorkiem poszliśmy do dzielnicy Qianmen, gdzie pobyt rozpoczęliśmy od sprawdzenia e-maili w Starbucksie. Trzeba przyznać, że amerykański przemysł spożywczy jest wszechobecny w Chinach. Na każdym kroku widać tutaj sieciowe jadłodajnie: McDonald’s, KFC, Subway. Kawę pije się w Starbucksach, których więcej tutaj chyba niż w Nowym Jorku. Oczywiście można spotkać też chińskie odpowiedniki stanowych sieci. Logotypy mają identyczne, zmieniają się wyłącznie nazwy:)
W Qianmen warto zatrzymać się na obiad. Miejscowe restauracje są bardzo zadbane i serwują wyśmienite chińskie potrawy. My zamówiliśmy sobie kilka rodzajów makaronów z warzywami, trochę glonów i grzybków i dla lepszego trawienia buteleczkę chińskiego piwka.
Była już 21.00, kiedy zdecydowaliśmy się piechotką udać do Sanlitun, po drodze odwiedzając Dworzec Kolejowy. Trzeba przyznać, że droga weszła nam w nogi mocno, bo odcinek około 10 km pokonywaliśmy prawie 2 h. Warto jednak było się wysilać, bo widok drapaczy chmur przed północą był niesamowity. Wszystko pięknie oświetlone, błyszczące i zdecydowanie wielkie. Nie dość, że wieżowców jest tu kilka setek, to między nimi, na estakadach śmigają samochody. Strasznie to nowoczesne.
Do hotelu dotarliśmy grubo po 1.00. Spacer z Sanlitun przez śpiący Pekin był super doświadczeniem. Wchodziliśmy do nocnych sklepików, sprawdzaliśmy co sprzedają. W każdym było nadymione jak w kotłowni. Oferta europejskich produktów w chińskim wykonaniu jest ogromna. Butelka Chivasa o kolorze o 3 tonacje jaśniejszym niż oryginał, kosztuje około 100 pln !!! W oczy się również rzucały budowy, które są tu prowadzone 24h. Na większości ulic widać jak powstaje sieć kolei. Metro mają już wspaniałe, teraz czas, żeby przez cały Pekin śmigały również pociągi.