Funclub w Chinach

Pożegnanie z Hangzhou i podróż pociągiem do Shanghaju

Hangzhou

„Czasowo” jesteśmy już Chińczykami. Wstaliśmy o 8.30 i ze spokojem spakowaliśmy swoje walizki, zostawiliśmy w recepcji i poszliśmy do lokalnego punktu sprzedaży biletów kolejowych. Malutka kolejka, a w okienku pani uczesana jak lew. Bujna grzywa zakrywała jej wątłą twarz. Oczywiście ni w ząb mówiła po angielsku. Jak tu jej teraz wytłumaczyć, że 5 to godzina, na którą chcemy bilet, a 2 to liczba osób??? Z pomocą nadszedł nam jednak jegomość, stojący za nami. Wytłumaczył, że chcemy pociąg do Shanghaju na 17.00. Bilety kosztowały nas 124 juany/osoba.

Tuż obok punktu sprzedaży biletów była pięknie przystrojona ulica, na której znajdowały się setki sklepów z jedwabiem. Dosłownie wszystko, co da się zrobić z jedwabiu, było tu do kupienia. Zrobiliśmy szybkie zakupy, przekąsiliśmy szaszłyki z tofu i ruszyliśmy w stronę jeziora. Drogę znaliśmy już świetnie, dzięki wczorajszemu wieczornemu wypadowi. Około 3 km przeszliśmy w iście ekspresowym tempie. Już nad jeziorem przysiedliśmy na małą kawkę w Starbucksie. Spotkaliśmy tam kolegów z Ukrainy oraz Rosji i 2 „wczorajszych” Greków (musieli ostro poimprezować, bo wyglądali jakby im ktoś 2 tony do kieszeni włożył).
Kończyliśmy już kawę, kiedy zaczepił nas siedzący obok Chińczyk, który całkiem poprawną angielszczyzną, zaczął nas pytać co robimy w Hangzhou. Ciekaw był wszystkiego. W międzyczasie dostał ochrzan od swojej dziewczyny, która podobno szukała go już od godziny. Poczciwy luzak z niego. Nie przejął się niczym, tylko przysunął jej krzesło i zaprosił do dyskusji z przybyszami z rosyjskiej republiki – Polski:) Rozmowa rozkręciła nam się na dobre. Od odpytywanych płynnie przeszliśmy do pytających. Dowiedzieliśmy się między innymi, że przeciętny Chińczyk zarabia około 600 dolarów, tylko najbogatszych stać na europejskie produkty, bo są obłożone bardzo wysokimi podatkami. Opowiedział nam o najciekawszych miejscach w Chinach, powiedział czym warto podróżować, w jakiej dzielnicy Shanghaju najlepiej spać, w jakiej robić zakupy… Dowiedzieliśmy się również, że w Chinach można jeździć po pijaku i prawie nic za to nie grozi. Opowiadał tak o wielu różnych rzeczach, aż nagle osłupieliśmy… w Chinach kradną dzieci, które można potem kupić za 2000 dolarów!!!. Nasze miny były pełne przerażenia i niepokoju. Szybko jednak wytłumaczył nam, że w miastach to się nie zdarza. Jest to możliwe wyłącznie na zapadłych prowincjach. Pomimo to nie uspokoił nas zbytnio. Zaczęliśmy się pytać o bezpieczeństwo i zwyczaje. Zapewnił nas, że jedyne co może się złego przydarzyć w Chinach, to być okradzionym z dóbr materialnych. Mogą nam rąbnąć plecak, portfel, walizkę ale dzieci nam z pewnością nie ukradną. Zresztą po co Chińczykowi dziecko z szeroko otwartymi oczami. Już na pierwszy rzut oka wszyscy zobaczą, że to nie jego:)
Spojrzałem na zegarek i okazało się, że jest już 15.00. Za 2 godziny mamy pociąg, trzeba jeszcze wrócić do hotelu po walizki, dotrzeć na dworzec. Mieliśmy przepłynąć się statkiem po jeziorze ale spędziliśmy prawie 3 godziny z naszym kumplem z Chin. Warto było, dużo się dowiedzieliśmy i nie mieliśmy co najważniejsze żadnych problemów ze zrozumieniem.
Kiedy w hotelowej recepcji stawiliśmy się o 16.15 i poprosiliśmy o zamówienie taksówki, recepcjonistka spojrzała na nas z paniką, dowiadując się, że pociąg mamy o 17.00. W okolicach 16.00 następuje tutaj zmiana kierowców taksówek z dziennych na nocnych i złapania taxi graniczy z cudem. Pracownicy hotelu zaczęli biegać gdzieś po ulicy, krzyczeć, machać… dziwnie to wszystko wyglądało. Mamy chyba znacznie więcej luzu od nich:) Staliśmy tak sobie, popijając napój z aloesu, aż nagle podbiegł concierge, zabrał nasze walizki, wsadził do taksówki, którą zatrzymał na środku 4 pasmowej ulicy i krzycząc na kierowcę w pośpiechu zamknął drzwi. Siedzieliśmy w środku i machaliśmy do niego z uśmiechem a on jeszcze przez kilka metrów biegł, krzycząc coś do taksówkarza. Z pewnością go pospieszał ale nic nie rozumiałem:)
Ruch na ulicach był duży, pomimo to, na dworcowym parkingu byliśmy po 15 minutach. 16.35 podchodzimy do informacji, Pani mówi, że Szanghaj 2 piętra wyżej. Pstrykamy więc fotki i schodami ruchomymi wjeżdżamy na 2 piętro. Nasz pociąg odjeżdża z peronu 7. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu ludzi na całym dworcu, co tu tylko do naszego pociągu. To jest niesamowite. Kilka tysięcy stłoczonych Chińczyków grzecznie przesuwa się w stronę kontroli biletów. U nas jest nie do pomyślenia, żeby taką ilość ludzi odprawić w kilka godzin, tutaj wszystko trwało kilka minut…
Nasz pociąg stał już na peronie. Miał chyba pół kilometra długości, może nawet więcej. Tuż przy wyjściu wagon numer 19 a nasz to 02. Szliśmy peronem i szliśmy. W pociągu jest jak w samolocie. Po 3 rzędy na stronę i środkiem przejście. Wszystko bardzo nowoczesne, czyste. W przedziałach, pod sufitem telewizory, między wagonami toalety i gorąca woda do zaprzenia herbaty. Mucha nie siada. Taka podróż to czysta frajda. Pociąg śmiga 310 km/h. Odcinek 170 km przejechaliśmy w 40 minut!!!!!!!!!!!!!!
Dworzec w Shanghaju jest tak nowoczesny, że każdemu, kto tu przyjedzie szczęka opadnie do ziemi. Ogromny, świetnie zorganizowany, wszędzie ruchome schody, punkty informacji. Sklepów więcej tu niż w niejednym naszym centrum handlowym. Oznakowanie wręcz perfekcyjne, bez najmniejszych problemów każdy trafi do taksówki, autobusu albo kolejnych pociągów. Oczywiście błyszcząca podłoga, nie widać nawet jednego papierka. Chiński marmur świeci się, jakby polerowali go kilka godzin.
Podróż z lotniska do hotelu zajęła nam około 30 minut. Autostrady 2 poziomowe, samochody jeżdżą górą i dołem. Ruch ogromny ale płynność pełna. Korek rozpoczął się dopiero przy zjazdach do centrum. Dookoła widok niesamowity. Wszędzie wieżowce. Jest ich tutaj kilka razy więcej niż w Pekinie. Wszystkie są tak wysokie, że ciężko dojrzeć ostatnie piętra. To miasto jest bardzo nowoczesne. Nasz hotel zresztą też. Mieszkamy na 18 piętrze.