Funclub w Chinach

Ostatni wieczór w Hong Kongu

Hongkong

Około 17.30 wsiedliśmy do metra, na stacji Jordan, i pojechaliśmy wgłąb dzielnicy Tai Kok Tsui. W metrze był szczyt natężenia ruchu. Ledwie zmieściliśmy się do pociągu, który spokojnie liczył ze 100 metrów. Widać było dużo dzieci, wracających ze szkoły. Ubrani w lekkie mundurki, koloru biało-granatowego, ze wstążeczkami pod szyją.
Na ulicach krajobraz bez zmian… Ścisk, tłok, zapach pichconych na powietrzu przeróżnych dań, w oknach kaczki i kurczaki z głowami, w kolorach curry i papryczki chili. Spacerując natknęliśmy się na market komputerowy. Oczywiście w środku tysiące stoisk z przebogatą ofertą. Gry, konsole, oprogramowanie, akcesoria i części komputerowe. Ciężko tam jednak musi się robić zakupy, bo szerokość alejek, stanowiących jedyny odstęp między stoiskami, pozwalała przejść co najwyżej 2 osobom.
Spacerując w stronę Kowloon, podobnie jak wczoraj, wylądowaliśmy na Mong Kok. Teraz śmiało mogę stwierdzić, że jest to absolutne centrum handlu w Hong Kongu. Naprzeciw wyjścia z metra Mong Kok jest super nowoczesna, 11 poziomowa galeria handlowa – Langham Place, w której ruchome schody miały ponad 100 metrów. Polecam ją wszystkim odwiedzającym Hong Kong. Z zakupów będziecie bardzo zadowoleni, a po zakupach będziecie mieli okazję wybrać sobie jedną z kilkudziesięciu restauracji, na bardzo smaczną i dobrze podaną kolację.
Tuż po wyjściu z Langham Place wracamy do ulicznego handlu. Na alei, o długości około 1,5 km, ustawione są okropne stragany, gdzie można kupić wszystko, co znane jest u nas jako: „made in China”. Oczywiście należy natychmiast wrócić do targowania się, bo słysząc ceny początkowe, człowiek ma wrażenie, że robią z niego idiotę.
Spacerowaliśmy ulicami Mong Kok, potem Kowloonu, w kierunku naszego hotelu na Tsim Sha Tsui. W zachodnim Kowloonie krajobraz zaczął być bardzo różnorodny… 3/4 ulicy zajmowały stragany, które ustawione są centralnie, a w wąskich przejściach, na tyłach straganów, zaczęło być widać mnóstwo kobiet wątpliwej reputacji. Ciężko jest opisać ten krajobraz, zapewniam jednak, że jest nie do zobaczenia w Europie. Na jednym narożniku jest ogromna restauracja na powietrzu, gotująca na oczach swoich klientów, obok są stragany, handlujące zabawkami, bielizną, pamiątkami i w ogóle chyba wszystkim, czym się da, a tuż za straganem stoją wytatuowani po szyję, szczupli mężczyźni i obok nich panie w czarnych rajstopach i krótkich spódniczkach. Od panów usłyszeć można: hasz, od pań: masaż, a od handlarzy: Gucci, Prada, Armani:)
Na zakończenie dnia kupiliśmy sobie piwko San Miguel, chlapnęliśmy, wbrew panującym tutaj zwyczajom, na ulicy i poszliśmy do hotelu. Jutro do 12.00 musimy opuścić pokój. Wylatujemy do Monachium o 23.45.