Funclub w Chinach

Nogi nam się trzęsą do tej pory…

Złapało nas dzisiaj przeziębienie… to chyba efekt zimnych napojów, których w Shanghaju trochę przyjęliśmy. Pomimo to nie ma mowy, żeby nie ruszyć na podbój miasta nocą.

Wsiedliśmy w metro i przejechaliśmy, znaną nam doskonale drogą, na Pudong. Naszym celem był najwyższy do niedawna budynek świata, SWFC – Shanghaj World FinancialCenter. Z metra, na stacji Lujiazui, wysiedliśmy o 18.35. Dotarcie da kolosa, z oświetlonymi na niebiesko konturami, zajęło nam 10 minut. Przy wejściu czekali stewardzi, którzy każdego prowadzą do kasy. Ruchomymi schodami zjechaliśmy piętro w dół. W holu 4 okienka, w których można zakupić bilety za jedyne 150 juanów:) Wyprawa nie należy do najtańszych ale takiej gratki odpuścić sobie nie wolno. Korytarzami przeszliśmy do sali multimedialnej, w której wyświetlona została nam imponująca prezentacja. Trzeba przyznać, że mają multimedialny rozmach. Na wielkim, zgiętym w półokrąg ekranie, zobaczyliśmy najważniejsze zdjęcia z Pudongu, uśmiechnięte skośnookie twarze i wieleobrazów, które robią na każdym wrażenie. Wstęp zakończyła niewielka kobietka, która poprawną angielszczyzną zaprosiła nas do windy. Przed wejściem zostaliśmy poinstruowani, że za niespełna minutę znajdziemy się na 425 metrach!!!

Kiedy winda ruszyła popatrzeliśmy z Bartkiem na siebie tylko, a potem już z zapartym tchem śledziliśmy licznik pokonanych metrów. Uszy przedmuchiwaliśmy kilkakrotnie. Wysiedliśmy z ekspresowej puszki metalowej, która w sposób zupełnie dla nas niezrozumiały, błyskawicznie przeniosła nas do innego świata. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że nasz lęk wysokości spuści nam niezłe lanie. Już przed wejściem do budynku wiedzieliśmy, że podłoga na samej górze jest ze szkła, dlatego mocno byliśmy zdziwieni, że stąpamy po wykładzinie. Okazało się, że jesteśmy dopiero na 97 piętrze, a ostatnie 3 pokonamy kolejną, znacznie wolniejszą windą.

Na dachu świata oblał nas zimny pot. Byliśmy w szklanej kopule, która w dodatku wyczuwalnie się trzęsie. Nogi mieliśmy miękkie, jak przed egzaminem maturalnym. 477,96 metrów nad ziemią, wszystko dookoła malutkie, ledwie zauważalne, a my staliśmy wystraszeni i niedowierzający, że to możliwe, że z własnej, nieprzymuszonej woli, znaleźliśmy się tutaj. Zajęło nam około 10 minut oswojenie się z otoczeniem. Z pewnością pomogli nam w tym turyści, którzy byli tam przed nami. Pstrykali zdjęcia i chodzili po szybach, tak jakby to było pół metra nad ziemią. Głupio by było, gdybyśmy wyszli na tchórzy, pochodzimy w końcu z kraju najodważniejszych ludzi:)… szkoda tylko, że nie chlapnęliśmy przed wjazdem kilku głębszych. Bylibyśmy wtedy kozakami.

Wiatr słychać tutaj zupełnie inaczej niż na ziemi. Nie wiem jak mocno wieża się wychyla ale odnosiłem wrażenie, że tańczymy na wietrze. Może to awaria błędnika ale wrażenie było nie do opisania. Zrobiliśmy masę filmów i zdjęć i jako jedni z pierwszych ruszyliśmy w stronę windy. Powrót był wielką ulgą. Na setnym metrze czuliśmy się już lepiej ale ciśnienie opadło dopiero na samym dole:) Nasze koszulki były mokre a włosy stały na baczność jak Armia Terakotowa… Bartas, jakieś 10 metrów od budynku, powiedział tylko, że ma nadzieję, że nie zostawił nic na górze, bo za Chiny tam nie wjedzie drugi raz:)

Na zakończenie dnia pstryknęliśmy brakujące fotki na eleganckim Bundzie. Zaliczyliśmy również nocną wizytę na Starym Mieście i taksówką, za 20 juanów, wróciliśmy do hotelu. Jutro o 12.30 lecimy do Hong Kongu.