Funclub w Chinach

Hangzhou – raj na ziemi

hangzhou

To miasto jest niesamowite, przepiękne, czarujące, zielone i żyje całą dobę.

Popołudnie rozpoczęliśmy od obiadu w miejscowej, dobrze wyglądającej restauracji. Starym, sprawdzonym zwyczajem zamówiliśmy wyłącznie dania z obrazków. Wszystkie wyglądały smakowicie… okazało się jednak, że na południu Chin wygląd nie wystarczy. Zamówiliśmy 4 potrawy i piwko do popicia. Oczywiście obsługa migiem podała wszystko do stołu ale ku naszemu zdziwieniu, nie wszystkie dania były zjadliwe. Obrazkowy „raj makaronowy” okazał się być zupą z kaczki… całej kaczki, łącznie z dziobem:) Wyjadłem co najlepsze kęsy, niestety rosół był do kitu. Potem zabraliśmy się za kurczaka w stylu krewetkowym. Cokolwiek to nie oznacza, Bartas stwierdził, że kurczaka na zimno nie lubi i jeść nie ma zamiaru. Spróbowałem, smakowało tak sobie, tym bardziej, że mięsa praktycznie nie było. Byliśmy trochę zawiedzeni, zwłaszcza młody. Kiedy przynieśli kolejne danie Bartasa oblał pot. Na spodzie makaron sojowy, na wierzchu mięso, trudnego do ustalenia pochodzenia i wszystko kąpało się w oleistej mazi. Pierwszy chwyt pałeczkami, z niepokojem próbujemy i… pół piwa poszło duszkiem. To cholerstwo było tak ostre, że płakałem przez minutę. Bartkowi odeszła ochota na jedzenie. Stwierdził, że napije się piwka i dziękuje za tą knajpę. Ja czułem,  że ostry smak rozkręca moje kubki smakowe, które wołają „więcej, więcej”:) Warto zaznaczyć, że danie podane było w mini wannie, co na tutejsze zwyczaje jest wybitną ekstrawagancją. Kiedy byłem w połowie, nadeszło kulinarne zbawienia dla Bartka. Podali ostatnią potrawę… kapustę w rosole z kluskami. Trzeba przyznać, że wyglądało swojsko i smakowało jeszcze lepiej:) Mistrz aparatu wreszcie poczuł się lepiej. Zjadł ze smakiem pokaźną michę i nawet zaznaczył, że kluseczki przypominają nasze kopytka:)
Po kolacji ruszyliśmy nad zachodni brzeg jeziora Xi Li. To jest raj na ziemi. To miejsce jest przeurocze. Mnóstwo zieleni, wspaniałe aleje platanowe, doskonale oświetlone. Po jeziorze pływają zdobione chińskimi motywami statki, tańczą fontanny, ludzie pstrykają foty, kręcą filmy… Każdy odwiedzający Chiny musi tu przyjechać. Hangzhou, słusznie zwróciło uwagę Marco Polo. Ja nie chcę stąd wyjeżdżać…!!!
Wszystko wokół jeziora jest świetnie zorganizowane. Knajpki, ścieżki spacerowe z pięknego kamienia, mosty, latarnie, ławki. Pokaz tańczących fontann przebił mój ulubiony show z Barcelony. Kolorowy, muzycznie urzekający, świetnie zaplanowany, widoczny jest ze wszystkich stron jeziora. Ludzie stali zamurowani. Kręcili filmy, robili zdjęcia. Nie bardzo wiem co mówili, widać było jednak, że bardzo im się podoba.
Warto zaznaczyć, że im bliżej miejsca, gdzie tańczą fontanny, tym bardziej europejski panuje klimat. Naprzeciw „areny” zadomowił się wielki hotel sieci Hyatt, tuż obok niego otworzyli swoje sklepy najwięksi europejskiego świata mody: Gucci, Armani, Zegna, Cartier, YSL, Dolce i Gabanna oraz wiele innych, znanych z Europy marek. Ceny w tych sklepach są dwukrotnie wyższe niż u nas, pomimo, że to i tak najdroższe marki. Zapytałem sprzedawcy w sklepie dlaczego buty, które kosztują w Europie 300 euro tutaj są po 700… Odpowiedział, że podatki są wysokie, ekonomia Chin bardzo dobra a obroty w jego sklepie pozwalają na to, że jest powierzchniowo 5 razy większy niż standard europejski. Coś w tym jest… w Chinach wszystko jest duże, oczywiście poza wzrostem Chińczyków:)
Jutro Hangzhou za dnia. Będziemy pływać statkiem, próbować herbaty i mamy nadzieję spotka nas mnóstwo nowych wrażeń.