Historie podRóżne

Co się działo w Albanii latem? – Albański afrodyzjak

Albania Iza

Izabela Nowek-TomczykMiredita!
Nazywam się Izabela Nowek-Tomczyk i od trzech lat zajmuję się turystami w jednym z najmniej znanych krajów europejskich czyli w Albanii. Już pierwszy raz jak tam trafiłam poczułam, że to moje miejsce. Przyjaciele wspominają, że w Tiranie, kiedy chaos komunikacyjny osiągał granice absurdu z miną oszołomionego dziecka wypaliłam „Ale rozpierducha! Ja tu jeszcze wrócę!” Nie sądziłam, że wrócę zawodowo i na tak długo! A to, że zacznę porozumiewać się w języku albańskim, który jest podobny zupełnie do niczego, wydawało mi się wtedy nieosiągalne!

Albański afrodyzjak
Kuchnia albańska jest zbliżona do tej, którą spotykamy w Chorwacji, Czarnogórze czy innych krajach Półwyspu Bałkańskiego. W restauracji możemy zamówić owoce morza, ryby czy grillowane mięso. Istnieją również potrawy charakterystyczne dla tego kraju. Aby uniknąć oskarżeń, że wyśmiewam się z kogoś tym razem opowiem moją przygodę związaną z jednym z najbardziej egzotycznych albańskich dań. Pierwszy raz udało mi się skosztować tego specjału na kolacji z całą bandą Albańczyków, którzy zawsze dbają o to żeby stół biesiadny uginał się od różnorodnych potraw. Kiedy po wątróbkach, nereczkach, płuckach i innych przysmakach zabrałam się za ciekawie wyglądające COŚ wywołałam rozbawienie. Im bliżej mój widelec był półmiska tym głośniejsze stawały się chichoty, a spojrzenia coraz bardziej znaczące. Wszyscy oczekiwali, że w końcu padnie z moich ust pytanie „A co to jest?”. Sama umierałam z ciekawości! Wszyscy zaczęli pokazywać pod stół i uśmiechać się znacząco. A co tam! Raz się żyje! Jądra też mięso! Pomyślałam i dokonałam konsumpcji. Co więcej smakowało mi bardzo i tego wieczora wyszłam z mocnym postanowieniem, że to nie był mój ostatni raz.
Kilka turnusów później na spotkaniu organizacyjnym wspomniałam o mojej kulinarnej przygodzie. Okazało się, że damska część grupy jest zainteresowana degustacją! Ładnie ubrane poszłyśmy do lokalu, gdzie można było skosztować jąderek. Podeszłam do znajomego właściciela i pełna entuzjazmu zapytałam po albańsku „Czy masz… jądra?” Stanął jak wryty. „No jądra… jądra macie?” Jego mina wyrażała tylko jedno „Kto ci dziewczynko zrobił taki dowcip?” Po chwili napięcia postanowiłam uczynić moją sytuację jeszcze bardziej beznadziejną „Ale ja naprawdę wiem co to są jądra”. To już przesądziło sprawę i właściciel buchnął śmiechem informując cały lokal o moim zamówieniu. Kelner grzecznie podreptał na zaplecze i za chwilkę pojawił się przy naszym stoliku z surowymi „klejnotami” dopytując ponownie czy aby na pewno to mamy na myśli. Koniec końców otrzymałyśmy naszą potrawę w formie grillowanej. Ewidentnie zaleta tej sytuacji jest taka, że zawsze mogę liczyć „U Klodiego” na przyjęcie z otwartymi ramionami. Zapraszam wszystkich!